wtorek, 1 listopada 2011

30-31 VIII 2011

   Kolejna eksploracja Świętych Ługów. Za cel obrałem sobie odnalezienie przejścia wokół zbiornika wschodniego po jego południowej stronie. Okazało się, że takiego przejścia nie ma. Pozostaje jedynie brnięcie przez bagna lub droga skrajem wsi, której jeszcze nie próbowałem. Kilka zdjęć z uroków Uroczyska.









   Po południu zabrałem się za wyplatanie daszku z liści pałki wodnej. Chciałem pod nim spędzić noc. Praca jednak okazała się żmudna i męcząca. Wyplecenie około jednego metra kwadratowego zajęło mi niespełna pięć godzin. Zrezygnowałem z dalszej pracy. Komary cięły niemiłosiernie i słońce chyliło się ku zachodowi. Poniżej fotki z wyplotki :).



   Postanowiłem spędzić noc pod ponchem. Po dwóch godzinach walki z insektami poległem. Późnym wieczorem rozłożyłem gossamerka i już smacznie spałem do samego rana. Mata z pałki wodnej posłużyła mi jako dywanik. Bardzo miły i przyjemny zresztą.


   Budząc się o świcie stwierdziłem, że czas mnie nie goni i nigdzie mi się nie śpieszy. Spałem więc dalej w kojących zszarpaną miastem duszę dźwiękach lasu.


   Drugiego dnia zebrałem kilka grzybków. Mało nie naciąłem się przy tym na szatany, które znalazły się już w mojej siatce. W porę się jednak zorientowałem.


   

24 VII 2011

   Udało mi się wreszcie spędzić kilka godzin po dłuższej przerwie na łonie natury. Pomaszerowałem w mniej dostępne obszary Świętych Ługów. Podmokłe tereny i zarośla tworzą naprawdę niezwykłą atmosferę. Tylko komary niewrażliwe na piękno otaczającej przyrody krwiożerczo uprzykrzają chwile błogiego spokoju. Kierując się na zachodni zbiornik umęczyłem się, ubabrałem w błocie, podrapałem i zadowolony po spotkaniu z zaskrońcem wyszedłem na brzeg.





   Po pożegnaniu kilku kleszczy i odpoczynku skierowałem się na północ. Natrafiłem w znanym mi już miejscu na wycinkę. Prawdopodobnie jedna z wakacyjnych ulew powyginała sosny, które nie wróciły już do swojego wcześniejszego kształtu.


Postanowiłem skorzystać z okazji i zbudować swój pierwszy szałas. Materiału miałem pod dostatkiem. Najpierw przywiązałem sznurkami poprzeczkę do sąsiadujących ze sobą drzew. O poprzeczkę oparłem "krokwie".


Na wierzch ułożyłem płaty mchu. Był on zruszany na całym obszarze wycinki.


Kolejną warstwę stanowiły gałęzie z zielonym jeszcze igliwiem. Poutykałem je szczelni przyciskając jednocześnie warstwę mchu.


Budowa zajęła mi około trzech godzin. Robiłem to jednak pierwszy raz i w ramach ćwiczeń. Gdybym miał wykorzystać taki szałas na kilkudniowe schronienie poucinał bym odpowiednio wystające części krokiew,   dobudował ściny boczne i przygotował odpowiednio miejsce do spania. Czas nie pozwalał jednak na spędzenie nocy w lesie a budowa nie w żaden sposób nie wyrządziła szkody przyrodzie.


Pozostały czas wykorzystałem na przećwiczenie sposobów rozkładania poncho BW jako schronienia. Jest to naprawdę przydatny element ekwipunku ale trzeba umieć z niego skorzystać.


Wracając odwiedziłem jeszcze jedno znane miejsce i z żalem pożegnałem się z lasem.



P.s. Kilka dni później pojechałem sprawdzić stan mojego szałasu. Wiedziałem już, że budując go zachowałem odpowiedni kat spadku. Warstwa dachu powinna być jednak grubsza; około 30 cm. Moja miała blisko 20 cm. Jedna z linek pękła i szałas obsunął się na jeden bok. Mimo to jestem zadowolony. Dobra lekcja na przyszłość.